Przeżywam harcerski kryzys. Głownie jest to związane z faktem, że hufiec mam 315 km od Milanówka, a zdalne działanie jest trudne, trochę skomplikowane i wymaga chęci z obu stron.
Jest też kilka spraw, które w pewnym stopniu sprawiają się, że "mniej mi się chce", niż zwykle (a działałam dość aktywnie w ZetHaPie).
W świetle ostatnich wydarzeń odnoszę wrażenie, że braterstwa w harcerstwie jest niewiele, mało też jest pozytywności i wzajemności oddziaływań. Jest natomiast rywalizacja (niestety, rywalizacja nie współzawodnictwo), dupowłażenie, kopanie dołków pod ludźmi i wyścigi szczurów - nie wiem tylko jaka jest stawka?
To wszystko jest przyprawione szczyptą chaosu, nieodpowiedzialności i robienia rzeczy na ostatnią chwilę. Dominuje też przeświadczenie, że jak nie płacą mi za coś co robię, to mogę to robić na odwal się. Brak profesjonalizmu. Jest też tak, że organizacja nie potrafi pracować z wolontariuszami i są oni często wykorzystywani ponad swoje możliwości i chęci, a potem poddają się sami.
To nie jest apokaliptyczna wizja harcerstwa, ale spore uogólnienie, bo są miejsca/ludzie, które/którzy ten opis przełamują (i robią świetne harcerstwo). Ze sporego dystansu widzę jednak całość, jako takie właśnie uogólnienie. I jest mi smutno z tego powodu.
To wszystko jest przyprawione szczyptą chaosu, nieodpowiedzialności i robienia rzeczy na ostatnią chwilę. Dominuje też przeświadczenie, że jak nie płacą mi za coś co robię, to mogę to robić na odwal się. Brak profesjonalizmu. Jest też tak, że organizacja nie potrafi pracować z wolontariuszami i są oni często wykorzystywani ponad swoje możliwości i chęci, a potem poddają się sami.
To nie jest apokaliptyczna wizja harcerstwa, ale spore uogólnienie, bo są miejsca/ludzie, które/którzy ten opis przełamują (i robią świetne harcerstwo). Ze sporego dystansu widzę jednak całość, jako takie właśnie uogólnienie. I jest mi smutno z tego powodu.
Są też ludzie, z którymi dwa tygodnie na obozie dają pozytywnego
kopniaka na dłużej, dla których wiem, że warto się zmobilizować i
działać. Są dzieciaki, które opowiadają rodzicom, że było fajnie i pojadą za rok. Jest też kilkoro "moich dzieciaków", które stają się przyszłością hufca i mogę na to patrzeć (jak to dumnie brzmi).
Jest też we mnie uśmiech na wspomnienie o tym, co z nimi przeżyłam. Jest tęsknota za byciem tylko drużynową... wtedy harcerstwo było prostsze.
Jest też we mnie uśmiech na wspomnienie o tym, co z nimi przeżyłam. Jest tęsknota za byciem tylko drużynową... wtedy harcerstwo było prostsze.