środa, 13 listopada 2013

W nazywaniu stroń od niechcianych form

Dawno Cię nie widziałam Aniu... To zdanie sprawiło, że coś we mnie się zagotowało. I mimo, że serdecznie lubię Panią, która je wypowiedziała, nie byłam w stanie powstrzymać się od:
Haniu, druhno Haniu!

Lubię moje imię. Jestem z niego całkowicie zadowolona. Jest proste, łatwe w pisowni i w moim roczniku nie nie było popularne. Uchroniło mnie przed nieszczęsnym imieniem, które nadano mi jago drugie. Cierpię zawsze patrząc na dowód osobisty, gdzie jak byk stoi Hanna Bogumiła (o ironio!).
Inną Hanię spotkałam, kiedy zaczęłam chodzić na dodatkowy angielski, jakoś w VII klasie (tak, kiedyś nie było gimnazjów, a podstawówka miała osiem klas). Teraz się boję, bowiem co drugie dziewczę zostaje Hanną i jest to trzecie najczęściej nadawane imię żeńskie w Polsce od jakiś 5 lat.

Często bywałam Anią. Jedna z moich sąsiadek do dziś mówi do mnie Aniu... Mimo moich licznych buntów, próśb i uwag. Prawda jest taka, że na Annę/Anię nie reaguję w ogóle i bywa, że słyszę coś na temat złego wychowania. Ań znam sporo (siostra mamy, siostra taty, w liceum 5 sztuk w jednej klasie, kilka ciotek). Zazwyczaj jasno tłumaczę jak mam na imię, po trzeciej próbie stanowczo.

Na liście przyjęć do liceum  byłam Anną Masur (bo tak nazwiska mam z 15 różnych wersji - Masur, Mazur, Musar, Musor, Mósur, Musór, Musior, Misur... Ursus - kiedyś dostaliśmy list na takie nazwisko). Przypadek w LO przyprawił mnie prawie o zawał, bo myślałam, że się nie dostałam, a tu ... taka niespodzianka. Zwłaszcza, że niejaka Anna Mazur była uczennicą tego samego liceum w moim roczniku i zdziwiła się, że jest w dwóch klasach jednocześnie.

Pamiętam z dzieciństwa jakąś znajomą rodziców - panią Izę, która mówiła do mnie Hanula (Hanula-granula) - czego serdecznie nie znosiłam. Nie pamiętam jak ta Pani wyglądała, ale pamiętam formę mojego imienia. Wujek Jacek mówi do mnie Hanko, co jest zabawne, ale zarezerwowane wyłącznie dla niego.

Na jednej ze stron znalazłam informacje: najpopularniejszymi zdrobnieniami są: Hania, Hanka, Haneczka, Haniusza, Hanula, Hanusia, Hanuś, Hanusia, Anulka, Anula. O zgrozo!

Jeżeli ktoś nazwie mnie Haniuszą, to zginie! W życiu nie Anula! Hania i Ania to dwa różne imiona i już (mimo, że źródło pochodzenia mają zbliżone). Nie jestem Anią! 

Zatem uprzejmie proszę o: Hanię, Hankę, ostatecznie Hanuś. Pasuje mi także pełna forma mojego imienia, Hanna brzmi ładnie. Proszę także o uwzględnienie odmiany przez przypadki.

To drobna sprawa, a ja będę szczęśliwsza.



środa, 6 listopada 2013

Zezwierzęcenie

Powinnam zacząć od tego, że lubię zwierzęta. Generalnie nikt mi nigdy nie mówił: nie głaszcz kota na podwórku, bo pewnie jest chory. Mój tata znosił różne zwierzęta do domu: to przestraszonego jeża, którego próbowało rozjechać auto, to gołębia, który oberwał podczas gradobicia. Pewnie, gdyby nie całkowity brak zdolności  z zakresu przedmiotów ścisłych, poszłabym na weterynarię. Od 8 roku życia miałam psa, wcześniej rybki, świnki morskie, papugi, żółwia i chomika.
Zawsze wydawało mi się, że sporo wiem o psach. Jednak pół roku temu moja wiedza została gruntownie zweryfikowana. 
Imbir jest moim pierwszym świadomie posiadanym psem - dużym, puchatym, kumatym - takim, jakiego zawsze chciałam mieć. Kiedyś marzyłam o berneńskim psie pasterskim, ale jakoś krótko żyją. 
Ostatnio często słyszę: fajnie mieć dwa psy.
Ustalmy fakt: te psy nie kochają się najbardziej na świecie, generalnie lubią nas, ale siebie jedynie tolerują, co jest osiągnięciem.
Obecnie potrafią spokojnie leżeć w kuchni lub w pokoju razem, ale jeszcze nie można ich zostawić samych (na wszelki wypadek). Trzeba im poświęcić masę czasu, uwagi i ... przysmaków. Pamiętać o zasadach w traktowaniu ich i pierwszeństwie Aresa, trzeba by konsekwentnym.

Ares jest starym upartym psem, ma swoje zwyczaje - leży na kanapie, nie chce chodzić na długie spacery, drapie w drzwi (sporo rzeczy zniszczył).  Imbira można nauczyć niemal wszystkiego (za ciasteczka zrobi wszystko). Nie zniszczył niczego w domu, kopie w ogrodzie - ale on chyba zwyczajnie to lubi. Cieszą go wszelkiego rodzaju piłki, gryzaki, kawałki materiałów i skarpetek do podarcia.  
Relacje psie poprawiły się po kastracji chemicznej Aresa (zabieg podobny do czipowania, na efekt czeka się około 3-6 tygodni). Nie jest to magiczna chwila, która zmienia wszystko, trzeba być cierpliwym.

Decyzję o posiadaniu psa podjęliśmy z Jackiem kiedy Ares zaczął chorować i perspektywy leczenia nie były bardzo optymistyczne (Ares na szczęście ma się dobrze). Ogólnie mieliśmy świadomość co nas czeka i mieliśmy też w danym momencie czas dla psów. Prawda jest taka, że ani ja, ani Jacek nie wyobrażaliśmy sobie domu bez psa. Pojawiły się rzesze doradców. Podzielili się na dwie grupy:
a. tylko pies z hodowli, masz pewność co z niego wyrośnie, masz wskaźniki rasy ...bla, bla, bla
b. wyłącznie pies ze schroniska
c. na cholerę wam kupa futra!

Zaczęłam poszukiwania. Początkowo przeglądałam różne oferty - docelowo szukałam dogolabradora (jak Ares). No i znalazłam Imbira w milanowskim schronisku.

Dlaczego warto wziąć psa ze schroniska?

Hasło "nie kupuj, przygarnij" - jakoś do mnie przemawia. Pies to pies - nie chciałam psa danej rasy. Kiedy go głaszczę, wyczesuję czy sprzątam po nim jest mi totalnie bez różnicy jego pochodzenie.
Schronisko w Milanówku ma dobrze prowadzoną stronę (tak, psa znalazłam przez Internet), kontakt z Anią odbywał się przez maila. Wspólny spacer z psami, wizyta w domu, podpisanie umowy adopcyjnej - ma to sens. Fajne jest to, że kontakt z wolontariuszami nie urywa się w chwili zatrzaśnięcia za psem bramy jego nowego domu.

Kilka osób próbowało mi przetłumaczyć, że pies ze schroniska to kiepski pomysł, bo:

- pies pewnie ma jakąś wadę, bo trafił do schroniska (tak, nieodpowiedzialnych byłych właścicieli),
- pies pewnie jest chory/zaniedbany, bo kto tam o niego dba (błąd, pies był pod opieką weterynaryjną, miał szczepienia, był odrobaczony, w schronisku są wolontariusze, którzy dbają o psy i wyprowadzają je na spacery, ćwiczą z nimi chodzenie na smyczy i podstawowe komendy, są też pracownicy schroniska),
- pewnie nie jest nauczony czystości (problemu nie było),
- nie posłucha i nie można go ułożyć (jak się z psem nie pracuje, to nie słucha - Imbir słuchał, słucha i uczy się - jest psim bystrzakiem),
- nie potrafi chodzić na smyczy (potrafił, idzie mu całkiem dobrze),
- nigdy nie wiesz co z takiego wyrośnie (można to ocenić, a charakter psa no bywa, zwierze jednak nie ma złych intencji).

Jeżeli ktoś poszukuje psa to zapraszam do schronsika w Milanówku (lub na stronę pobliskiego schroniska). W naszym przypadku było profesjonalnie, z troską o los zwierzaków i przede wszystkim z mądrym podejściem do relacji własciciel- pies.

Po ponad pół roku z psem w domu nie robi mi różnicy fakt, że pies jest ze schroniska. I tak go uwielbiam. Jeżeli kiedyś zdecyduje się na kolejnego, pewnie też będzie schroniskowy.