poniedziałek, 16 grudnia 2013

Waga wagi

Wysiłek fizyczny - nie specjalnie go lubię. Nie potrafię sobie przełożyć jako priorytetu dbania o moje ciało za wszelką cenę. Zawsze jak o tym pomyślę pierwszeństwo ma jedzenie, a spalanie kalorii jest na szarym końcu. Nigdy też nie byłam na diecie. Nie liczyłam kalorii, nie zadręczałam się specjalnie ćwiczeniami. Nie ograniczałam słodyczy, nie miałam fazy na jedzenie jednego koloru, żywienie się wyłącznie kaszą, owocami, nie byłam wegetarianką, weganką. Moje ciało i moje jedzenie nie są moim problemem, akceptuje to, jak wyglądam i to ile jem. 

Nie miałam też problemów z nadwagą - to nie tak, że nie byłam raz grubsza, raz chudsza - byłam, jak każdy. jednak zasadniczo od 10 lat trzymam się stałej wagi, czuje się dobrze ze sobą.
Po pierwsze mam trochę szczęścia, bo faktycznie nie mam tendencji do tycia i to, co przybiorę szybko spalam.
Po drugie w genetycznym spadku otrzymałam dość spory biust - a to jest ciężka sprawa! Zwłaszcza, że jestem szczupła w obwodzie, co daje gigantyczny rozmiar miseczki. Niestety kiedy miałam lat naście nie trafiłam na wykwalifikowaną brafitterkę, która dobrałaby  dobry stanik w rozsądnej cenie dla dorastającej dziewczynki. To zrobiło swoje.
Przy tak sporym obciążeniu mam czasami kłopoty z kręgosłupem - boli i tyle. Przyczynę znam. Zakup porządnego, dopasowanego stanika okazał się dobrą opcją dla kręgosłupa. Jednak to wymaga też pewnych drobnych, niewyczerpujących ćwiczeń, żeby mięśnie klatki piersiowej były silne. Nie wszystkie sporty mogę uprawiać - patrz biust, a stanik sportowy niestety nie zawsze działa. Przy bieganiu mam natychmiast popękane naczyńka krwionośne praktycznie na całym dekolcie (tak, cera naczyńkowa).
Zaczęłam się zastanawiać nad jakaś aktywnością fizyczną - joga, rower (bleh)... Czymś sensownie regularnym, żeby jakoś się trzymać. Nie będę trenować z Ewą Chodakowska, bo jakoś nie specjalnie mnie przekonuje "sekta skalpela".  
Kiedy tak przeglądałam internety w poszukiwaniu inspiracji, okazało się, że od pół roku jest taka, rzecz, którą robię regularnie, a której nie liczyłam... Spacer z psem! Niby nic, a jednak!
Regularny, codzienny, ponad 40 minutowy spacer, w zasadzie na przemian z szybkim marszem. Do tego dochodzi rzucanie piłki patyków, zabawa i ganianie się z psem. Składa się to na regularny wysiłek fizyczny, codzienny.

Jestem teraz przeziębiona i od trzech dni nie wychodziłam - mam straszną ochotę na spacer, głupie 40 minut na dworze. Wyraźnie mi tego brakuje. 

Wniosek: albo to działa, albo znalazłam usprawiedliwienie dla mojego lenistwa!

środa, 13 listopada 2013

W nazywaniu stroń od niechcianych form

Dawno Cię nie widziałam Aniu... To zdanie sprawiło, że coś we mnie się zagotowało. I mimo, że serdecznie lubię Panią, która je wypowiedziała, nie byłam w stanie powstrzymać się od:
Haniu, druhno Haniu!

Lubię moje imię. Jestem z niego całkowicie zadowolona. Jest proste, łatwe w pisowni i w moim roczniku nie nie było popularne. Uchroniło mnie przed nieszczęsnym imieniem, które nadano mi jago drugie. Cierpię zawsze patrząc na dowód osobisty, gdzie jak byk stoi Hanna Bogumiła (o ironio!).
Inną Hanię spotkałam, kiedy zaczęłam chodzić na dodatkowy angielski, jakoś w VII klasie (tak, kiedyś nie było gimnazjów, a podstawówka miała osiem klas). Teraz się boję, bowiem co drugie dziewczę zostaje Hanną i jest to trzecie najczęściej nadawane imię żeńskie w Polsce od jakiś 5 lat.

Często bywałam Anią. Jedna z moich sąsiadek do dziś mówi do mnie Aniu... Mimo moich licznych buntów, próśb i uwag. Prawda jest taka, że na Annę/Anię nie reaguję w ogóle i bywa, że słyszę coś na temat złego wychowania. Ań znam sporo (siostra mamy, siostra taty, w liceum 5 sztuk w jednej klasie, kilka ciotek). Zazwyczaj jasno tłumaczę jak mam na imię, po trzeciej próbie stanowczo.

Na liście przyjęć do liceum  byłam Anną Masur (bo tak nazwiska mam z 15 różnych wersji - Masur, Mazur, Musar, Musor, Mósur, Musór, Musior, Misur... Ursus - kiedyś dostaliśmy list na takie nazwisko). Przypadek w LO przyprawił mnie prawie o zawał, bo myślałam, że się nie dostałam, a tu ... taka niespodzianka. Zwłaszcza, że niejaka Anna Mazur była uczennicą tego samego liceum w moim roczniku i zdziwiła się, że jest w dwóch klasach jednocześnie.

Pamiętam z dzieciństwa jakąś znajomą rodziców - panią Izę, która mówiła do mnie Hanula (Hanula-granula) - czego serdecznie nie znosiłam. Nie pamiętam jak ta Pani wyglądała, ale pamiętam formę mojego imienia. Wujek Jacek mówi do mnie Hanko, co jest zabawne, ale zarezerwowane wyłącznie dla niego.

Na jednej ze stron znalazłam informacje: najpopularniejszymi zdrobnieniami są: Hania, Hanka, Haneczka, Haniusza, Hanula, Hanusia, Hanuś, Hanusia, Anulka, Anula. O zgrozo!

Jeżeli ktoś nazwie mnie Haniuszą, to zginie! W życiu nie Anula! Hania i Ania to dwa różne imiona i już (mimo, że źródło pochodzenia mają zbliżone). Nie jestem Anią! 

Zatem uprzejmie proszę o: Hanię, Hankę, ostatecznie Hanuś. Pasuje mi także pełna forma mojego imienia, Hanna brzmi ładnie. Proszę także o uwzględnienie odmiany przez przypadki.

To drobna sprawa, a ja będę szczęśliwsza.



środa, 6 listopada 2013

Zezwierzęcenie

Powinnam zacząć od tego, że lubię zwierzęta. Generalnie nikt mi nigdy nie mówił: nie głaszcz kota na podwórku, bo pewnie jest chory. Mój tata znosił różne zwierzęta do domu: to przestraszonego jeża, którego próbowało rozjechać auto, to gołębia, który oberwał podczas gradobicia. Pewnie, gdyby nie całkowity brak zdolności  z zakresu przedmiotów ścisłych, poszłabym na weterynarię. Od 8 roku życia miałam psa, wcześniej rybki, świnki morskie, papugi, żółwia i chomika.
Zawsze wydawało mi się, że sporo wiem o psach. Jednak pół roku temu moja wiedza została gruntownie zweryfikowana. 
Imbir jest moim pierwszym świadomie posiadanym psem - dużym, puchatym, kumatym - takim, jakiego zawsze chciałam mieć. Kiedyś marzyłam o berneńskim psie pasterskim, ale jakoś krótko żyją. 
Ostatnio często słyszę: fajnie mieć dwa psy.
Ustalmy fakt: te psy nie kochają się najbardziej na świecie, generalnie lubią nas, ale siebie jedynie tolerują, co jest osiągnięciem.
Obecnie potrafią spokojnie leżeć w kuchni lub w pokoju razem, ale jeszcze nie można ich zostawić samych (na wszelki wypadek). Trzeba im poświęcić masę czasu, uwagi i ... przysmaków. Pamiętać o zasadach w traktowaniu ich i pierwszeństwie Aresa, trzeba by konsekwentnym.

Ares jest starym upartym psem, ma swoje zwyczaje - leży na kanapie, nie chce chodzić na długie spacery, drapie w drzwi (sporo rzeczy zniszczył).  Imbira można nauczyć niemal wszystkiego (za ciasteczka zrobi wszystko). Nie zniszczył niczego w domu, kopie w ogrodzie - ale on chyba zwyczajnie to lubi. Cieszą go wszelkiego rodzaju piłki, gryzaki, kawałki materiałów i skarpetek do podarcia.  
Relacje psie poprawiły się po kastracji chemicznej Aresa (zabieg podobny do czipowania, na efekt czeka się około 3-6 tygodni). Nie jest to magiczna chwila, która zmienia wszystko, trzeba być cierpliwym.

Decyzję o posiadaniu psa podjęliśmy z Jackiem kiedy Ares zaczął chorować i perspektywy leczenia nie były bardzo optymistyczne (Ares na szczęście ma się dobrze). Ogólnie mieliśmy świadomość co nas czeka i mieliśmy też w danym momencie czas dla psów. Prawda jest taka, że ani ja, ani Jacek nie wyobrażaliśmy sobie domu bez psa. Pojawiły się rzesze doradców. Podzielili się na dwie grupy:
a. tylko pies z hodowli, masz pewność co z niego wyrośnie, masz wskaźniki rasy ...bla, bla, bla
b. wyłącznie pies ze schroniska
c. na cholerę wam kupa futra!

Zaczęłam poszukiwania. Początkowo przeglądałam różne oferty - docelowo szukałam dogolabradora (jak Ares). No i znalazłam Imbira w milanowskim schronisku.

Dlaczego warto wziąć psa ze schroniska?

Hasło "nie kupuj, przygarnij" - jakoś do mnie przemawia. Pies to pies - nie chciałam psa danej rasy. Kiedy go głaszczę, wyczesuję czy sprzątam po nim jest mi totalnie bez różnicy jego pochodzenie.
Schronisko w Milanówku ma dobrze prowadzoną stronę (tak, psa znalazłam przez Internet), kontakt z Anią odbywał się przez maila. Wspólny spacer z psami, wizyta w domu, podpisanie umowy adopcyjnej - ma to sens. Fajne jest to, że kontakt z wolontariuszami nie urywa się w chwili zatrzaśnięcia za psem bramy jego nowego domu.

Kilka osób próbowało mi przetłumaczyć, że pies ze schroniska to kiepski pomysł, bo:

- pies pewnie ma jakąś wadę, bo trafił do schroniska (tak, nieodpowiedzialnych byłych właścicieli),
- pies pewnie jest chory/zaniedbany, bo kto tam o niego dba (błąd, pies był pod opieką weterynaryjną, miał szczepienia, był odrobaczony, w schronisku są wolontariusze, którzy dbają o psy i wyprowadzają je na spacery, ćwiczą z nimi chodzenie na smyczy i podstawowe komendy, są też pracownicy schroniska),
- pewnie nie jest nauczony czystości (problemu nie było),
- nie posłucha i nie można go ułożyć (jak się z psem nie pracuje, to nie słucha - Imbir słuchał, słucha i uczy się - jest psim bystrzakiem),
- nie potrafi chodzić na smyczy (potrafił, idzie mu całkiem dobrze),
- nigdy nie wiesz co z takiego wyrośnie (można to ocenić, a charakter psa no bywa, zwierze jednak nie ma złych intencji).

Jeżeli ktoś poszukuje psa to zapraszam do schronsika w Milanówku (lub na stronę pobliskiego schroniska). W naszym przypadku było profesjonalnie, z troską o los zwierzaków i przede wszystkim z mądrym podejściem do relacji własciciel- pies.

Po ponad pół roku z psem w domu nie robi mi różnicy fakt, że pies jest ze schroniska. I tak go uwielbiam. Jeżeli kiedyś zdecyduje się na kolejnego, pewnie też będzie schroniskowy. 



niedziela, 13 października 2013

Dziwne miejsca

Przeglądałam ostatnio zdjęcia i odkryłam dwa dziwne miejsca, w jakich przyszło mi być.  

Podczas wyjazdu do akwarium w Kołobrzegu (podczas obozu) przyszedł taki moment, że potrzebna była toaleta i kawa. Na przeciw akwarium była kawiarenka, nazwy nie pamiętam. Było to najsłodsze miejsce ever! Pudrowe różo, stonowane błękity - słodko, jak we wnętrzu tortu Pavlovej. Wypicie tam brudnej, czarnej kawy było nie na miejscu (na szczęście nie mieli kubków na wynos).




Podczas wyjazdu do Szczecina, lekko głodni (w okolicy tylko sklepy Fresh 24, knajp brak), weszliśmy do chińsko/wietnamskiej knajpy. Był to największy zbiór kiczu jaki w życiu widziałam (może nie licząc sklepów "wszystko za 5 zł") - na ścianach obrazy udające, że są z masy perłowej, zawieszki, lampioniki, pseudo nefryty i ogromne złote lwy. Nazwy nie pamiętam, była długa i trudna do zapamiętania. A drugiego dnia był też york, który biegał po knajpie, żywy :) Lokal był ogromny, więc goście muszą tam przychodzić. Czułam się trochę przytłoczona wystrojem, Jacek był zachwycony lwami.
Jedzenie było smaczne, zwłaszcza rosołek z pierożkami.

Jacek i złoty lew


Dłużek

Długo zastanawiałam co napisać o Dłużku. Miejsce piękne... do jeziora 10 metrów, do lasu 50 metrów. Cisza, spokój, pomost, jezioro, uroczy (błękity i jakieś jaskółki na ścianach i szafie) pokój z łazienką oraz z dostępem do kuchni (a tam pełne wyposażenie).

I teraz mały zgrzyt. Pani (matka właścicielki) kiedy okazało się, że nie jesteśmy "prawnie/kościelnie zaślubieni" zmieniła sposób podejścia do nas. Nagle powstały problemy, że sezon w pełni (sprzęt pływający schowany, ale sezon trwa), że pies zbyt duży... Po konsultacji telefonicznej z synem, który zapisywał rezerwacje okazało się, że on naszej rozmowy nie pamięta (podobno rezerwowaliśmy sprzęt, a pies miał być mały). Dziwna sytuacja ogólnie.
Strona zawiera błędne informacje odnośnie cen. Rozumiem też opłatę za psa, bo jest ona dla mnie naturalna, ale na stronie nie ma o niej ani słowa. Na szczęście ta pani bywała w domu nieczęsto.A i pościel z pierza - kto teraz jeszcze śpi pod pierzem. Zwłaszcza jak ma letników, a co druga osoba ma alergię.
Zejście do jeziora zostało upiększone (lilie wodne i inne wodne krzaki). Pies je trochę zdewastował, ale cóż miał prawo, też był na wakacjach.
Generalnie okolica na plus. Miejscówka niejednoznacznie, bo nie wiem jak tam jest w sezonie. Może napiszę, że na własną odpowiedzialność... 




wtorek, 17 września 2013

Weryfikacja

Przeprowadzka często weryfikuje naszych znajomych. Teoretycznie z życiem nie jest jak na fejsie, że możemy siedząc przed klawiaturą posegregować ludzi na dalsze i bliższe znajomości. W realnym świecie życie samo to jakoś układa w sposób, którego nie rozumiem. Mam wrażenie, że im dalej, tym bardziej tracimy na atrakcyjności. Ludzie, którzy wydawali mi się bliscy jakoś zamilkli. Nie jest to regułą, bo są osoby, z którymi kontakt mam stały i równie intensywny jak zawsze.

Mam pewien wyznacznik. Jeżeli Julka wyjechała do Włoch, potem na Węgry, a teraz jest w Ghanie (!) i jestem w stanie utrzymywać z nią kontakt, to nie ma rzeczy niemożliwych w dobie Internetu.
Dziwi mnie zatem, że 315 km tak strasznie zmienia perspektywę znajomości. Fakt, nie wyjdziemy razem na kawę, ale zawsze możemy porozmawiać: telefonicznie, na fejsie, na gtalku... możliwości jest mnóstwo! Trzeba chcieć. 

czwartek, 29 sierpnia 2013

Do wesela...


Nigdy nie marzyłam o tym, żeby zostać Panną Młodą. Nie planowałam swojego ślubu, jako dziewczynka. Jakoś nie pamiętam, żebym dawała śluby lalkom czy ubierała je w białe kreacje. Nigdy też nie bawiła mnie specjalnie polska obrzędowość weselna. Zabawy w stylu Pan Młody, zębami, ściąga podwiązkę (koniecznie niebieską) Pannie Młodej, uważam za mocno uwłaczające godności obydwojga. Przy okazji kompletnie mnie nie bawią wszelakie weselne tortury na gościach: macanie kolan, krępujące pytania na temat Młodej Pary i pseudo erotyczne zabaw przy oczepinach. Kiedyś wylądowałam z kolegą w jednych bokserkach: on w swojej nogawce, ja w swojej - taka zabawa była i polegała na zamianie nogawek w trakcie tańca (nie wiem jaki był cel, wiem, że kilka osób widziało moje majtki, bo sukienka się podwijała).
Nie wiem też co jest fajnego w tym, że ludzie, których ktoś widzi drugi raz w życiu gapią się na Młodą Parę (często już lekko/mocno wstawieni lub leżąc pod stołem) i ten cały cyrk jaki im zgotowano.Wesela zdecydowanie są dla gości, a nie dla nowożeńców.
Nie wiem też dlaczego ludzie, którzy generalnie nie wierzą, decydują się na ślub kościelny i na gwałt załatwiają zaległe sakramenty, nauki czy inne takie. Sensu samych nauk też nie rozumiem, bo jakim cudem może mnie uczyć ktoś, kto życia rodzinnego w wymiarze małżeńskim nigdy nie doświadczy.
I jeszcze to trzeba zorganizować, terminy po zaklepywać na rok do przodu, wbić się w suknie, w której i tak wygląda się grubo, po serii tortur/zabiegów w stylu makijaż i fryzjer. Gołębie złapać, żeby je potem wypuścić w symbolu nie wiem czego..? Porwać jakieś dziecko do sypania kwiatów, albo wbić druhny (tak, pojawiają się na ślubach!!!) w suknie większe od własnej, żeby samej wyglądać lepiej na ich tle. Cukierkowa beza jak nic.


Z ostatniego czytania na ślubie kościelnym Jacek zapamiętał, że "żona ma czcić męża". Kiedyś na ślubie koleżanki usłyszałam, że są różne nieszczęścia na świecie: wojna w Iraku i nieplanowane ciąże (brała ślub w 4 miesiącu i do dziś w tym małżeństwie trwa).

Moja recepta na ślub jest prosta - cywilny ślub (10 minut i brak biblijnych cytatów o czczeniu kogokolwiek), ludzie, z którymi miałam kontakt przynajmniej w ciągu minionego roku lub przynajmniej pamiętam, że jesteśmy spokrewnieni(!), żadnych zabaw weselnych, żadnych oczepin, ani hitów o pszczółce Mai, szalonych i tańczących dla kogoś kobietach - tradycji mówimy NIE! Mam też drobną uwagę - chciałabym, aby goście pamiętali coś z afterparty (nie jest to jednak warunek konieczny).

I na koniec taka oto anegdotka z ostatniego wesela. Do oczepin proszono panny, kawalerów, panie i panów z odzysku. O partnerach życiowych, konkubinatach i różnych kohabitacjach  nie wspomniano. Kolega siedzący obok mnie uciekł i powrócił po 40 minutach.

Oczywiście jeżeli kogoś to bawi, to nie mam nic przeciwko, ale ja mówię pas i grzecznie rozmawiam sobie z sąsiadami ze stolika. Na następne wesele zamówię sobie koszulkę: "Dziękuję. Nie pląsam".

W następy poście zapewne wydam instrukcję co do mojego pogrzebu, bo ten obrządek też mnie czasem przytłacza przerostem formy nad treścią.  

niedziela, 28 lipca 2013

Pasja jest wyzwaniem!


Przeżywam harcerski kryzys. Głownie jest to związane z faktem, że hufiec mam 315 km od Milanówka, a zdalne działanie jest trudne, trochę skomplikowane i wymaga chęci z obu stron. 

Jest też kilka spraw, które w pewnym stopniu sprawiają się, że "mniej mi się chce", niż zwykle (a działałam dość aktywnie w ZetHaPie). 

W świetle ostatnich wydarzeń odnoszę wrażenie, że braterstwa w harcerstwie jest niewiele, mało też jest pozytywności i wzajemności oddziaływań. Jest natomiast rywalizacja (niestety, rywalizacja nie współzawodnictwo), dupowłażenie, kopanie dołków pod ludźmi i wyścigi szczurów - nie wiem tylko jaka jest stawka?
To wszystko jest przyprawione szczyptą chaosu, nieodpowiedzialności i robienia rzeczy na ostatnią chwilę. Dominuje też przeświadczenie, że jak nie płacą mi za coś co robię, to mogę to robić na odwal się. Brak profesjonalizmu. Jest też tak, że organizacja nie potrafi pracować z wolontariuszami i są oni często wykorzystywani ponad swoje możliwości i chęci, a potem poddają się sami.

To nie jest apokaliptyczna wizja harcerstwa, ale spore uogólnienie, bo są miejsca/ludzie, które/którzy ten opis przełamują (i robią świetne harcerstwo). Ze sporego dystansu widzę jednak całość, jako takie właśnie uogólnienie. I jest mi smutno z tego powodu.

Są też ludzie, z którymi dwa tygodnie na obozie dają pozytywnego kopniaka na dłużej, dla których wiem, że warto się zmobilizować i działać. Są dzieciaki, które opowiadają rodzicom, że było fajnie i pojadą za rok. Jest też kilkoro "moich dzieciaków", które stają się przyszłością hufca i mogę na to patrzeć (jak to dumnie brzmi).

Jest też we mnie uśmiech na wspomnienie o tym, co z nimi przeżyłam. Jest tęsknota za byciem tylko drużynową... wtedy harcerstwo było prostsze.


środa, 19 czerwca 2013

Ciacho

Zawsze myślałam, że pieczenie ciastek dla psów jest już szczytem nadopiekuńczości, bo pies to pies i swoją  karmę ma. W sumie ciasteczka dla psa można też kupić, zamówić w paczce (wielosmakowe: od baraniny po żwacze), ale piec? NIE! Olśniło mnie też niedawno, że mam w sumie pierwszego, świadomie wybranego psa, który jest mój (wiem, że Twój w umowie Jacku) od początku do końca.

Aż tu Imbirowi zaczęła wypadać sierść garściami. Normalne w sumie, że pies gubi podszerstek, jednak ilość sierści w domu przekracza moją normę, codziennie trzeba odkurzyć, a wałek odsierściający - (dzięki Ci Ikeo) jest w użyciu na stałe.
Pomysł z oliwą na sierść mi się spodobał, jednak psu już mniej i jakoś obchodził karmę polaną łyżką oliwy szerokim łukiem.

No dobra, to upiekę te ciasteczka i przemycę oliwę tą drogą. W trakcie pieczenie dodałam też nasiona sezamu i zioła z ogródka. Plus jest taki, że wiem co w tych ciasteczkach jest. Są na mące z otrębami. Przygotowanie masy trwało jakieś 5 minut - zmiksowałam składniki i wylałam na blachę, a samo pieczenie 20 minut. Potem trzeba było tylko pokroić na małe kawałki i podsuszyć.  Psy leżały pod piekarnikiem przez czas pieczenia i długo długo po...
Efektem jest jakieś 0,5 kg ciastek. Reakcja psów pokazuje, że chyba jednak będę je piekła raz na jakiś czas. Jak już piekę, to w sumie co za różnica dla kogo? :)

sobota, 15 czerwca 2013

ale do tego trzeba dorosnąć!

Zirytowani ludzie mnie bawią. Ta Pani rozbawiła mnie bardzo, gdyż byłam jej klientką i w sumie zawaliła sprawę z przesyłką, a i tak wina była moja. A co powiedzeniem klient ma zawsze racje? Do tego sprawę można było rozwiązać jednym zdaniem, jednym! Ale spór na Allegro to przecież koniec świata.

Historia banalna, bo zakupy na Allegro, a paczki nie ma i nie ma i nie ma... po 10 dniach wysłałam maila do Pani, po 12 przez stronę jej sklepu, przez formularz zgłoszeniowy. W efekcie założyłam spór, bo nie wiem co jeszcze mogłabym zrobić. Zwłaszcza, że po zmianach różne dziwne problemy z zamówieniami się zdarzały. Życie...

Odpowiedź Pani X: 
(próbowałam kontaktować się poprzez stronę - zero reakcji).- tak ??? A TO CIEKAWE ! prosze o maila w którym Pani oczekuje maila zwrotnego lub próbowała się Pani ponoć kontaktować ? 
nie wszyscy tu są idiotami proszę Pania ! 
 *pisownia bez poprawek 

Ja do Pani X: 
Na stronie sklepu jest dział kontakt, dokładnie tutaj: .... Jeżeli formularz kontaktowy nie działa, to już jest Państwa wina, a nie moja. Wysłałam zapytanie z danymi zamówienia, na które nie otrzymałam odpowiedzi od Państwa. Dwa: zamówienie zostało złożone 27 maja, mam oczywiście potwierdzenie wpłaty z systemu PayU - towar do mnie nie dotarł do dziś, nie wiem nawet czy został wysłany? Proszę mi wyjaśnić przyczyny takie stanu stanu rzeczy lub wysłać zamówiony towar. Proszę też trzymać nerwy na wodzy i darować sobie tekstu o idiotach. Czy życzy sobie Pani potwierdzenia wpłaty? 


Pani X: nie zyczę sobie potwierdzenia wpłaty ....

No dobra, ale co do cholery z moją paczką....? 

Ja do Pani X: 
A czy może mi Pani napisać co się dzieje z moją paczką i dlaczego jej nie otrzymałam? To jest kluczowe w sporze/sprawie, a ja chciałabym go rozwiązać. 

Pani X: 
nie wiem ,moze listnosz w nich chodzi ... a dla mnie kluczowa sprawa jest kontakt przez maila a nie przez spory ! ale do tego trzeba dorosnąć!

I tu nadeszło zbawienie, bo listosz przyniósł paczkę wysłaną 7 czerwca (jakoś dawno po terminie). Nie zauważyłam, żeby miał na sobie, któryś z jej elementów. Zresztą to fajny człowiek jest i solidny. 

Ja do Pani X: 
Paczka właśnie do mnie dotarła - z datą wysyłki 7 czerwca, mogła mi to Pani napisać w informacji zwrotnej, bo przecież miała Pani numer jej nadania (lub jakieś potwierdzenie). Nie była awizowana wcześniej. Polecam trochę życzliwości wobec klientów na przyszłość, bo mnie jako klientkę już Pani straciła. Tym samym zamykam sprawę. 

... bo ja taka niedorosła jestem!


poniedziałek, 3 czerwca 2013

Na Bemowie kiedyś mieszkał Jacek, teraz mieszka tam jego mama. Bemowo jest niesamowicie fajnym miejscem - jest zielono, cicho (jak nie w Warszawie), 5 minut od domu las - taki prawdziwy las, poligon z lotniskiem za płotem. Dzielnica ma niesamowicie przyjazny Urząd Gminy, gdzie nie czekaliśmy nigdy dłużej niż 10 minut. Pracownicy są w nim mili, jest ładnie i profesjonalnie. Nawet kącik dla dzieci jest z panem/panią, którzy się nimi opiekują, kiedy rodzice załatwiają swoje sprawy.

Na Bemowie jest blisko do Kampinosu i tam też byliśmy na spacerze w minioną sobotę. 

Było tak:



niedziela, 2 czerwca 2013

Psie sprawy


"Osiągnięcia"psa Imbira w miniony weekend:

  • nauczył się wypinać z szelek 
  • odwiedził obrzeża Puszczy Kampinoskiej (gdzie wypiął się z szelek)
  • wytarzał się w martwym jeżu (tamże)
  • zaliczył pierwszą, poważną kąpiel w wannie, taką z szamponem - nie było wyjścia po martwym jeżu... 
  • zjadł posadzony krzak hortensji pnącej (to kiepskie posunięcie było)
  • wykopał i pożarł moją bazylię z zielnika (nie wzięły jej mrozy, Imbir dał radę) oraz podczas tego procederu przysypał majeranek grubą warstwą ziemi (odkopałam zmiotką)
  • zjadł opakowanie środka przyspieszającego kompostowanie - w sumie nie mam pewności czy zjadł, ale pudełko poszarpał na drobne części. Sam środek był komponentem naturalnych składników, zatem psu nic nie grozi. No i zjadł to jakoś w piątek, a trzyma się całkiem dobrze (przypomnę jeża, hortensję i zielnik), więc się nie martwię.
 A teraz śpi. Jest zapewne dumny z siebie, że miał taki pracowity weekend. 



czwartek, 30 maja 2013

PROMONIEWIADOMO...

W Milanówku postawiono choinki.... prawie jak na Boże Narodzenie (cichą nocą?). Zapobiegliwie i pewnie są pierwsi w kraju. Bóg się narodzi za ponad pół roku przecież!

Choinki w skrzynkach mają reklamować segregację śmieci! O losie! Przynajmniej tekst nie jest napisany fontem Museo. Uff!
Myślałam początkowo, że to jedna z akcji w stylu: przynieś nam śmieci, damy Ci iglaka czy inny ogrodowy chwast.
Jednak nie. To baner z drzewkiem w środku. I w zasadzie wielkiej idei to nie ma. No choinka stoi. Jest jakiś tekst - posadź z nami lasy i logo Milanówka i tyle. Na dodatek choinki zostały ubrane w śmieci - co widać na zdjęciu. A to już słabe, bo ja nie lubię chyba edukacji przez złe wzorce. Skoro wieszamy na drzewku, to po co wyrzucać. Na krzaki śmieci, będzie fajnie.



Nie przekonuje mnie ten pomysł, a ekologia i segregacja śmieci to świetny materiał na fajną, ciekawą i kreatywną reklamę miasta, jak i samej idei segregacji odpadów, nowych przepisów...
Można przecież ustawić pojemniki i zacząć od segregowania miejskich śmieci 
w ruchliwych punktach Milanówka (i tak są na nich reklamy miasta). Można zorganizować akcję sprzątania miasta, które nie do końca jest posprzątane. 
Można zrobić piknik ekologiczny z zabawami dla dzieci (budować zamki 
z butelek, uczyć segregacji przez zabawę, bo z tego co wiem połowa ludzi nie umie segregować śmieci).

Można też ubrać choinkę w śmieci. 

A powietrze w Milanówku plastikiem pachnie i czarny dym ulicę zasnuwa niczym poranna mgła.
Zimno i deszczowo, to napalimy plastikiem i będzie nam cieplej. Nie mówię, że wszyscy, ale na jeden wieczorny spacer z psem (a spaceruje codziennie) zawsze trawi się jeden czy dwa domy, które zdradza charakterystyczny zapach palonych opakowań.

*Przeczytałam uważnie baner na choince. Firma, która je postawiła, za reklamę doniczce z drzewem sadzi lasy. Ciekawe czy zalesiają Polskę tymi choinkami?

czwartek, 23 maja 2013

Matki, dzieci, psy i koty ...


Należę do grupy ludzi, którą bardziej rozczula mały piesek/kotek, niż małe dziecko. Tak już mam i nie ruszają mnie teksty, jak będziesz miała własne dziecko to Ci się zmieni... Nie znaczy to, że nie lubię dzieci, bo kilkoro lubię. Podkreślam... kilkoro.

Ostatnio irytują mnie dwie sprawy z dziećmi w tle.

Babcia na spacerach z wnuczkiem nie rozumie, że dziecko nie powinno wkładać rączek "do pieska" za ogrodzenie, bo nasze psy nie są przyzwyczajone do dzieci i nie wiem jaka będzie ich reakcja. No ja gdybym była psem, pewnie bym gryzła...
Mogę powiedzieć jak pies zareaguje na innego psa, kota, ale nie wiem jak na dziecko. I odpowiedź: no, ale merda ogonem - nie jest dla mnie wyczerpująca.
Dziwi mnie też brak zaufania do właściciela psa . Jednak znam swoje psy i to moje słowo jest nadrzędne w dyskusji. Ponadto w ogóle tej dyskusji podejmować nie powinnam, bo: jestem na mojej posesji, to moje psy (tak, wiem Jacku, że Twoje :P) i ja mam rację! A ty kobieto zabieraj dziecko i nie dyskutuj.
Denerwuje mnie ta sytuacja, bo żyjemy w kraju gdzie pies jest winny wszystkiemu - ugryzł, pewnie wściekły, zaatakował dziecko (które mogło robić mu krzywdę) - trzeba uśpić niebezpieczną bestię.
Patrząc z boku: pies Ares waży 56 kg, chłopczyk pewnie ze 20 - nawet jeżeli dziecko podbiegnie do psa (który jest od niego większy) i dziecko przewróci się - i tak winę poniesie pies, bo chciał przestraszyć, gryźć, bo to złe zwierze jest. I czarne na dodatek.
Pies Imbir waży zaledwie 30 kg, ale jest szczeniakiem i  wszystko sprawdza, zaczepia lub goni.

I nie chcę straszyć tej kobiety, nie chce demonizować psów, ale cholera jasna po co dziecko i psa na taki stres narażać.
W wypadku Aresa istnieje też element pomyłki, kiedyś dziewczynka popatrzyła na niego i powiedziała: mama, konik! To zwyczajnie wielki, zły, czarny pies Ares.

Prawda jest smutna, w rozgrywce dziecko: zwierze, zawsze przegra to drugie. Bo dzieciom wolno wszystko, a zwierzętom nie. Do tego nie uczymy dziecka obchodzić się ze zwierzętami i kiedy właściciel psa prosi, by się nie zbliżać, to reakcja jest żadna (bo piesek to taka wielka pluszowa maskota). Ach... no i merda ogonem. A przecież jak biegnie za kotem też ogonem merda... 

Babcia czai się zatem za krzakiem: nie ma tej złej Pani (to ja! i głucha nie jestem), pogłaszczemy pieski... A psy szczekają z daleka i nie podchodzą. 

No i ja cudzych dzieci nie zaczepiam!

To prowadzi do tematu drugiego czyli: rodzinnych wizyt u weterynarza. Bohaterem wydarzenia był jeden kot, który przyszedł wraz ze świtą: matką domu oraz trojgiem jej dzieci na oko: 15, 13 i do 3 lat. Biedny kot był zły, bo klatka podskakiwała wraz z nim, kiedy zbliżał się do niego szczeniak owczarka niemieckiego. Poziom irytacji wzrósł, kiedy na klatce usiadła najmłodsza z rodziny i nóżkami zaczęła w nią kopać.
W poczekalni było, oprócz mnie, sześcioro innych ludzi i 3 psy i dwa inne koty, w tym 4 zwierzęta pod kroplówką. Dziewczynka musiała podejść do każdego kota i psa. Dotknąć, pogłaskać i zaczepić. Krzyczała, piszczała... tupała. Ani matka, ani brat nie mogli dziecka opanować. Nie wspomnę o tym, że rodzina zajęła połowę poczekali, a 15-latka nawet nie pomyślała o ustąpieniu miejsca pani z psem pod kroplówką na rękach  - dopiero lekarz to zasugerował.
Nawet mi się tej kobiety szkoda zrobiło, bo ani kota nie ogarniała, ani dzieci. 
Zmęczyłam się słuchaniem narzekań dzieci na to, że czekają, narzekań matki, na to jak zachowują się dzieci ... Rodzinnej kłótni w tle.  Ze mną męczyli się pozostali.
Pan z jamnikiem nawet ich przepuścił i jak wyszli, to stwierdził, że bardzo chciał, żeby sobie poszli, psa stresowali. 
Ale w sumie, kto by się przejmował psem u weterynarza...

Kupiona, czeka na powieszenie.

piątek, 17 maja 2013

Dzień absurdu!

Na początku był listonosz:

Zamówiłam smycz dla Imbira i dziś przysłano paczkę oklejoną taśmą w psy. Listonosz rozmawia z psem przy furtce: dla Ciebie paczka, dla Ciebie... Ale łapka się na czytniku nie odbije i Pani musi podpisać. Zza krzaków wychodzi drugi pies Ares. Listonosz: zła Pani... tylko jednemu psu kupił prezent. No, zła...
I ♥ Poczta Polska!

Potem była Pani:  

Na posesji  sprzątam po psach taką mechaniczną łopatką. Ogólnie przykładam do celu, pociągam za rączkę i zbieram, niosę w miejsce przeznaczenia. Dziś tak właśnie robiłam. Nagle zza płotu odzywa się starsza Pani... Ooo ma Pani maszynkę do sadzenia! 

- eee, Nie, to do sprzątania po psie. 
- Ale po co Pani sprząta? U siebie? 
Tak, dziwne. Sprzątać po własnych psach, na własnej posesji... 

U weterynarza: 

Czekamy na umówioną wizytę. Byliśmy umówieni na 20.00, jest 20.30. Pytam znajomego lekarza czy jest doktor O. On obiecuje się zapytać i znika za drzwiami. Po chwili wychodzi i mówi tak: 
- Doktor O... właśnie kończy operować. To był nagły przypadek. (po chwili) Oh! Poczułem się jak w serialu medycznym!

W gabinecie doktora O, umawiam się na kolejne podanie leku: 

- To Pani z psem przyjdzie w środę, zapisze... 
Na kartce pojawia się data 15 maja, godzina 19.00 
- Ale to chyba niemożliwe, żebyśmy przyszli piętnastego...
- A woli Pani inną godzinę? 
- Nie, 15 maja był dwa dni temu, nie cofnę się w czasie :)
- Ah, to faktycznie może być problem... 



 
 
 
 

środa, 8 maja 2013

Atomowa ciocia!

Zadzwoniła dziś do mnie ciocia. Miło pomyślałam, ale... 
Po minucie rozmowy miałam dość: 
Haniu!Bo Jacek nie może w tym Świerku pracować, bo wy nie będziecie mogli mieć dzieci. On musi natychmiast tę prace rzucić. Natychmiast! Te promieniowania (jakie?!) są bardzo szkodliwe! Byłam w sanatorium i taka pani mi mówiła... 

Nawet nie próbowałam jej przerywać. Wysłuchałam i podziękowałam za radę oraz powiedziałam, że będziemy żyć tak jak nam się podoba i pracować tam gdzie chcemy. 

Bo Ty dziecko nie jesteś postępowa! Jacek ma do mnie wieczorem zadzwonić, bo Ty nie rozumiesz, ja muszę z naukowcem porozmawiać. 

Po pierwsze to nie wiem czy mam się bać czy śmiać, bo absurd rządzi w tej teorii. Po drugie cieszę się, że moja 78 letnia ciocia jest bardziej postępowa ode mnie.
I po trzecie 314 km!!! Uff :)

środa, 1 maja 2013

Idealny Pan Domu



Jacek jest idealnym panem domu. Doskonale godzi zajęcia na uczelni i proste obowiązki, takie jak: sprzątanie, gotowanie czy pranie. Nie wierzy już w praniowe wróżki - dzielnie sam pierze, rozwiesza i namacza. Sam także odkurza, zmywa podłogi i wkłada naczynia do zmywarki.

Jego potrawy są niesamowitym doznaniem, a perfekcja wykończenia zniewala. Sekretnym składnikiem jego sosów są zioła z przydomowego ogródka, które uprawia.

Ach (ah)... ideał <3 (dopisane przez Jacka, kiedy nie patrzyłam)

* Tekst zawiera lokowanie produktu i nieprawdziwe informacje.


ODKURZA

GOTUJE

MYJE PODŁOGI

DOPRACOWUJE KAŻDY SZCZEGÓŁ

SEGREGUJE ŚMIECI


  

wtorek, 30 kwietnia 2013

Co z tą flagą?

Nie ubiorę się na czerwono, nie narysuje sobie polskiej flagi na policzku, nie wywieszę jej przed domem ...
Mam wyszytą flagę na swoim harcerskim mundurze i to w zupełności zaspokaja moje poszanowanie narodowego symbolu. 

Jednak kiedy wczoraj w supermarkecie na T____ pani dołożyła do moich zakupów  polską flagę za 1 grosz  poczułam się dziwnie (jak pani nie chce, to pani wyrzuci, magazyny pełne tego mamy).

W małej paczuszce są dwie polskie flagi z przeznaczeniem na lusterko samochodowe (nie zamontuje ich). Połowa z nich skończyła w koszu na śmieci przy parkingu.

Nie poczułam się zbulwersowana. Zwyczajnie wydaje mi się, że polska flaga powinna być warta trochę więcej niż 1 grosz, żeby nie wylądowała w koszu na śmieci przed sklepem.

piątek, 26 kwietnia 2013

Absurd wolontariatu

Ostatnio przez przypadek dowiedziałam się, że wydział WNT, w którym działam powinno bardziej chodzić za zarządem organizacji, jeżeli chce przepchnąć swoje pomysły i w sumie też być lubianym pośród wielu.

Zaproponowaliśmy specjalne stanowisko dla kogoś o roboczej nazwie: dupoliz lub chadzacz załatwiacz!

Maile wysyłane do zarządu powinny także zwracać uwagę. Zatem Jacek wszystkie maile odnośnie pewnego projektu tytułuje:
!!! Mega PILNE !!! .................... !!!! Jak nie przeczytasz to umrze całe stado małych puszystych kotków!

W końcu mój wolontariat w TEJ, a nie innej, organizacji był bardzo świadomy - nie poszłam drogą od zucha do harcmistrzyni, a przyszłam mając 24 lata - nie jest to tajemnicą. Podobało mi się, fascynowało mnie to i miałam dużo frajdy, satysfakcji i normalnej zwykłej radości z mojej służby/pracy. I tak na poziomie lokalnym jest fajnie, a na centralnym miks działań i chaotycznego planowania.

A teraz patrzę na to i cieszę się, że mam inne priorytety i mogę to "zlać". Wolontariusz to też człowiek, a nie darmowa siła robocza. Bawi mnie to trochę, ale z drugiej strony jest to smutne. 


wtorek, 23 kwietnia 2013

Miejsce!

Psy mają się różnie. Osobno świetnie, w duecie dobrze, grzecznie i poprawnie. Ogólnie jest spokój - Ares pokazuje Imbirowi jak dostać się do domu (łapą w drzwi, a jak nie otwierają to skacz lub idź pod balkonowe). 
W sytuacjach nerwowych, na szczęście na dworze, Imbir jest szybszy i po 3 -5 minutach biegu wykańcza Aresa.

Imbir ma poranną serię ćwiczeń, a potem ogarnia też polecenie "miejsce", bo inaczej łazi za mną i nie mogę nic zrobić. Siła polecania mnie dziś rozbawiła. 

Poniżej Imbir zostaje na miejscu (a ja mam chwilę, żeby zmyć z podłogi ślady ziemi, po dewastacji borówek). 







W tym samym czasie na dole, po tym jak głośno powiedziałam "miejsce":


sobota, 20 kwietnia 2013

Psie zamieszanie

Mamy w domu drugiego psa. W sumie szukaliśmy od dawna psa podobnej wielkości do Aresa (zatem najlepiej dogolabradora). Przeglądałam ogłoszenia od kilku tygodni  i szukałam takiego, który: będzie duży, będzie młody i jakoś nam się spodoba.

Przy przeglądaniu ogłoszeń różnych, bo w sumie nie zakładaliśmy źródła - nie było opcji hodowla tak, schronisko nie lub odwrotnie, trafiliśmy. 

Pies w kolorze biszkoptowym, dosyć duży, ma siedem miesięcy. 
Byliśmy dziś na spacerze w schronisku w Milanówku, żeby psy zintegrować. 
W ogóle cała procedura jest całkiem sprawna. Spacer, wizyta, umowa, pies. 
Psy na spacerze się dogadały (lub zlały całkowicie), w domu było ok przy wolontariuszkach. Pies zatem został. 

Polała się pierwsza krew ... mam długi dzień. Jednak trochę spanikowałam jak się pogryzły. Nowy pies ma opatrunek na łapie (i tak musiał pojechać do weterynarza), a stary satysfakcje wygranej. Teraz jeden jest na górze, drugi na dole i odpoczywają od siebie. Jak się nie zagryzą do poniedziałku, to już będzie luz. 

Biedny Dżek zamiast na swoim posłaniu leży na podłodze przy otwartym balkonie (bo mu gorąco) i śpi. Chyba przechrzcimy go na Imbir.

A ja piję drugą melisę.


poniedziałek, 15 kwietnia 2013

Turczynek. Dlaczego Oleśnica wygrywa z Milanówekiem?


W sumie nie znam Milanówka, a miasto jest ładne. Nie jest ze mną tak do końca źle, bo wiem gdzie jest poczta, stacja PKP, jakieś urzędy ... Ale odpowiedź na pytanie: po której stronie Milanówka mieszkasz?  jest nadal wyzwaniem (skąd mam wiedzieć co jest dla kogoś punktem orientacyjnym?). Zatem, nie mieszkam po tej stronie, gdzie jest Tesco, a po tej gdzie Liceum na Piasta i Kościół i w zasadzie nie wiem czy to źle czy dobrze? Kompletnie nie mam pojęcia jak ludność milanowska się dzieli.

Milanówek jest ciekawym miejscem ze względu na architekturę i ostatnio miasto wystawiło na sprzedaż jedno fajne miejsce. Turczynek - to dwie pałacowe wille z ogromnym terenem czegoś, co chyba kiedyś było parkiem, a teraz zarosło. Osoba, która to kupi będzie musiała wyłożyć sporo pieniędzy, żeby doprowadzić ten obiekt do ładu.
No i pojechaliśmy tam z Jackiem i Aresem. Przeszliśmy się dookoła i jednej i drugiej willi. Strasznie zaniedbany obiekt, w pięknym miejscu. 
Ogólnie jestem mocno zdziwiona faktem, że obiekt wystawiony na sprzedaż jest tak zaniedbany - bo jednak butelki można zebrać, a miejsca ogniskowe zasypać. Generalnie można tam zwyczajnie posprzątać, bo ilość śmieci i zardzewiały szlaban potęgują brzydotę tego miejsca.I mnie jako inwestora nie zachęcają.
W ogóle przeraża mnie trochę myśl, że tam jeszcze 6 lat temu był szpital (działający).






Milanówek jest jednym z najbardziej niedoinwestowanych miast, jakie widziałam. Przynajmniej w kontraście z Oleśnicą - jest tu słabo. To widać też w Turczynku - genialny teren, brak pomysłu na zagospodarowanie go. A Milanówek nie ma terenów rekreacyjnych dla rodzin, ludzi z psami, bez psów. Jak ktoś ma ochotę na spacer to już lepiej do Łazienek pojechać, niż szukać szczęścia w Milanówku. W niedziele nie ma opcji na kawę, lody - chyba, że w sezonie nagle wszyscy się otworzą (chociaż nie pamiętam tego faktu z okresu, kiedy tu przyjeżdżałam). Jest jeden plac zabaw dla dzieci na "moim osiedlu", ale bardziej straszy, niż zachęca do zabawy (przynajmniej mnie, nie wiem jak dziecko).
I piszę to z perspektywy osoby, która przeszła proponowane szlaki turystyczne na stronie miasta - aż się prosi o tablice opisujące to, co widać, ścieżki edukacyjne dla dzieciaków!

Ogólnie w Milanówku jest słabo z chodnikami (w Oleśnicy robione były na potęgę - co zawsze mnie bawiło, ale nie brnęłam w błocie!), remontami budynków, nie ma ścieżek rowerowych, nie ma koszy dla właścicieli psów, nie ma tablic o wykorzystaniu unijnej kasy na takie rzeczy. Jest natomiast potencjał. I pobliski Grodzisk, który aż się prosi o szlak rowerowy łączący miasta. W ogóle nie ma tu inwestycji unijnych ... W Oleśnicy to było na każdym kroku.
Hasło promujące zwiedzanie to: Milanówek - mały Londyn... - nie, mnie to nie zachęca (porównanie rozumiem historycznie, a nie dosłownie), ale wychodzę z założenia, że powinno się wiedzieć, gdzie się mieszka. Także w tym moim odkrywaniu Milanówka nie poddam się tak łatwo. 

niedziela, 14 kwietnia 2013

Kosmiczny pies

Ares dostał kołnierz, żeby nie wylizywał łapy, na której ma rankę. Ogólnie ma się to zagoić. Pies niestety cierpliwie rozszarpywał wszystko co dotychczas próbowaliśmy mu założyć na łapę, więc nie było innego wyjścia. Antybiotyki, smarowidło i pewność, że nie dosiegnie do łapy.
Spowodowało to lawinę śmiesznych wydarzeń , bo Aresina zahaczał o wszystko i był mocno obrażony na świat i ludzi, bo nie chcą mu tego zdjąć. Dość szybko nauczył się jednak, że zwracamy na niego więcej uwagi i chyba zaczęło mu się to podobać. 

W pierwsza noc, bardzo zmęczony i zły wdrapał się na łóżko (czego mu nie wolno) i zasnął. Dzisiaj kołnierz nie robił mu już różnicy.  Na spacery wychodzi bez niego.



* Kołnierz jest nowego typu, miękki i elastyczny. Próbuję uniknąć słowa wygodny, bo w sumie nie ja w nim chodzę. Jest oklejony taśmą, żeby pies nie popsuł go zbyt szybko.

wtorek, 9 kwietnia 2013

Zachód słońca w Milanówku

Milanówek jest całkiem ładnym miasteczkiem...
Ma około 15 tys. mieszkańców i obszar 13,52 km², z czego coś około 46 % to tereny rolnicze (tyle pamiętam z przygotowań do rozmowy w sprawie pracę w UM).
Moje mieszkanie w Milanówku znacznie się różni od tego w Oleśnicy. Nie tylko ze względu na warunki lokalowe, że tak powiem. Trudno porównać mieszkanie w bloku z domem.
Brakuje mi ludzi: znajomych, rodziny, harcerzy...

Jednak znalazłam trzy zalety Milanówka, których Oleśnica nie przebije (no sorry, ale nie!)
  1. Stare wille - jest ich tutaj pełno, i nawet jak zbłądzę to zawsze trafiam na jakiś ciekawy dom za zakrętem. Ponieważ w Milanówku jest wszędzie daleko, a moje próby prowadzenia pojazdów kończą się kasacją przystanków, to sporo spaceruje i oglądam. Jak zrobi się cieplej chce też wybrać się do kompleksu Turczynek (nim miasto go sprzeda). Przy targu jest stara zaniedbana willa, która kiedyś musiała być pięknym domem. Wszędzie są wille o dziwnych nazwach, które kompletnie do nich nie pasują. Otoczone zielenią - ładne.  
  2. Natura - pod tym ogólnym terminem kryje się pas zieleni za domem z wiewiórkami, które biegają po dachu i całą masą wszelkiego rodzaju ptaków, ogródek, świeże pomidory w sezonie (za płotem), konie u sąsiadów, sarny w lasku, duży pies (zawsze chciałam mieć dużego psa).   
    To drzewo widzę kiedy siedzę przy biurku.
  3. Zachody słońca (tak wiem, że to się mieści w kategorii natura) - dla mnie biją na głowę te nad morzem (które są jednakowo cukierkowe). Tutaj nie przykrywają tego wysokie zabudowania, więc cale miasteczko widzi zachód słońca rozlany na niebie. Zróżnicowanie barw zawsze mnie zaskakuje. 
    Z resztą wklejam zdjęcie. 
    To widok z balkonu.
    Lepiej te zachody malował Chełmoński: 
    Zachód słońca zimą

piątek, 29 marca 2013

Święta...

W zasadzie nie obchodzę świąt, chociaż w sensie komercyjnym różnie to bywa: kolejki, ludzie, brak produktów do ciast na sklepowych półkach (bo piecze się tylko w święta). Jednak trzeba było zrobić jakieś zakupy i znalazłam przy tym kilka ciekawostek (lub absurdów jak kto woli). 
Za jakość zdjęć przepraszam, ale robione telefonem. 

To oferta świąteczna Tesco:


A poniżej baranozając - nie wiem co autor miała na myśli, bo ani to baran, ani zając :)


W nazywaniu stroń...


Kawałek audycji radiowej:

- i te grzyby one mają rozbudowany system i pod ziemią jest wielokilogramowa masa połączona zespołami nerwów (mierzono opieńkę amerykańską czy coś takiego).

Pada pytanie: czyli chce pan powiedzieć, że bliżej nam do pieczarki niż do tulipana?

- No tak. I lepiej do ukochanej powiedzieć grzybku zamiast kwiatuszku.

Przypominają się słowa mojej ukochanej piosenki:

Żaden ze mnie psiak,
Bejbe, żabka, miś (grzyb! o zgrozo)
Lepiej milcz!

(W imieniu dam, Hey)

środa, 27 marca 2013

Robię wiosnę!


To nie jest normalne, żeby wyjście z domu pod koniec marca kończyło się tak:


Dziś, około 16.00 




Pocieszam się krokusami w doniczkach - doniczka krokusów jest tańsza od paczki cebulek (których i tak przecież nie posadzę, bo śnieg zalega!). Mam zatem cały zestaw wiosennych kwiatków w różnych zakątkach domu. 





Do tego szalony kot szturmuje dom. Dziś nawet dostał się do środka i zaliczył spotkanie z psem. Nie ściągajcie kotów z drzew, bo będą chciały z Wami zamieszkać. A ten kot ma dom na przeciwko naszego, więc zupełnie nie rozumiem dlaczego skacze przy naszych drzwiach, a nie swoich. 


Odnosimy też (Jacek i ja) drobne sukcesy w hodowli kiełków. Dokładniej to Jacek zjada kiełki zanim na dobre urosną. Fasola mung i pszenica zdały egzamin. Teraz czekamy na kukurydzę i słonecznik. Soja wygląda ładnie, ale smakuje dziwnie. 

Po co mi blog?

W związku z moją przeprowadzką (z Oleśnicy na Dolnym Śląsku )  do Milanówka  mam dość odpowiadania na pytanie co u Ciebie słychać?
A tak, zainteresowani tematem mogą po paru kliknięciach przeczytać co u mnie: co mnie denerwuje, irytuje, a co cieszy, na czym byłam w kinie, co ciekawego przeczytałam, co zrobił lub czego nie zrobił Jacek...
Będzie też pewnie kilka surrealistycznych historii z życia wziętych.

W ramach sprostowania, ktrótka informacja dla zainteresowanych... Milanówek nie jest dzielnicą Warszawy. Na pytanie jak tam w Warszawce? poszukajcie odpowiedzi na innym blogu :)