Wysiłek fizyczny - nie specjalnie go lubię. Nie potrafię sobie przełożyć jako priorytetu dbania o moje ciało za wszelką cenę. Zawsze jak o tym pomyślę pierwszeństwo ma jedzenie, a spalanie kalorii jest na szarym końcu. Nigdy też nie byłam na diecie. Nie liczyłam kalorii, nie zadręczałam się specjalnie ćwiczeniami. Nie ograniczałam słodyczy, nie miałam fazy na jedzenie jednego koloru, żywienie się wyłącznie kaszą, owocami, nie byłam wegetarianką, weganką. Moje ciało i moje jedzenie nie są moim problemem, akceptuje to, jak wyglądam i to ile jem.
Nie miałam też problemów z nadwagą - to nie tak, że nie byłam raz grubsza, raz chudsza - byłam, jak każdy. jednak zasadniczo od 10 lat trzymam się stałej wagi, czuje się dobrze ze sobą.
Po pierwsze mam trochę szczęścia, bo faktycznie nie mam tendencji do tycia i to, co przybiorę szybko spalam.
Po drugie w genetycznym spadku otrzymałam dość spory biust - a to jest ciężka sprawa! Zwłaszcza, że jestem szczupła w obwodzie, co daje gigantyczny rozmiar miseczki. Niestety kiedy miałam lat naście nie trafiłam na wykwalifikowaną brafitterkę, która dobrałaby dobry stanik w rozsądnej cenie dla dorastającej dziewczynki. To zrobiło swoje.
Przy tak sporym obciążeniu mam czasami kłopoty z kręgosłupem - boli i tyle. Przyczynę znam. Zakup porządnego, dopasowanego stanika okazał się dobrą opcją dla kręgosłupa. Jednak to wymaga też pewnych drobnych, niewyczerpujących ćwiczeń, żeby mięśnie klatki piersiowej były silne. Nie wszystkie sporty mogę uprawiać - patrz biust, a stanik sportowy
niestety nie zawsze działa. Przy bieganiu mam natychmiast popękane
naczyńka krwionośne praktycznie na całym dekolcie (tak, cera
naczyńkowa).
Zaczęłam się zastanawiać nad jakaś aktywnością fizyczną - joga, rower (bleh)... Czymś sensownie regularnym, żeby jakoś się trzymać. Nie będę trenować z Ewą Chodakowska, bo jakoś nie specjalnie mnie przekonuje "sekta skalpela".
Kiedy tak przeglądałam internety w poszukiwaniu inspiracji, okazało się, że od pół roku jest taka, rzecz, którą robię regularnie, a której nie liczyłam... Spacer z psem! Niby nic, a jednak!
Regularny, codzienny, ponad 40 minutowy spacer, w zasadzie na przemian z szybkim marszem. Do tego dochodzi rzucanie piłki patyków, zabawa i ganianie się z psem. Składa się to na regularny wysiłek fizyczny, codzienny.
Jestem teraz przeziębiona i od trzech dni nie wychodziłam - mam straszną ochotę na spacer, głupie 40 minut na dworze. Wyraźnie mi tego brakuje.















