czwartek, 23 maja 2013

Matki, dzieci, psy i koty ...


Należę do grupy ludzi, którą bardziej rozczula mały piesek/kotek, niż małe dziecko. Tak już mam i nie ruszają mnie teksty, jak będziesz miała własne dziecko to Ci się zmieni... Nie znaczy to, że nie lubię dzieci, bo kilkoro lubię. Podkreślam... kilkoro.

Ostatnio irytują mnie dwie sprawy z dziećmi w tle.

Babcia na spacerach z wnuczkiem nie rozumie, że dziecko nie powinno wkładać rączek "do pieska" za ogrodzenie, bo nasze psy nie są przyzwyczajone do dzieci i nie wiem jaka będzie ich reakcja. No ja gdybym była psem, pewnie bym gryzła...
Mogę powiedzieć jak pies zareaguje na innego psa, kota, ale nie wiem jak na dziecko. I odpowiedź: no, ale merda ogonem - nie jest dla mnie wyczerpująca.
Dziwi mnie też brak zaufania do właściciela psa . Jednak znam swoje psy i to moje słowo jest nadrzędne w dyskusji. Ponadto w ogóle tej dyskusji podejmować nie powinnam, bo: jestem na mojej posesji, to moje psy (tak, wiem Jacku, że Twoje :P) i ja mam rację! A ty kobieto zabieraj dziecko i nie dyskutuj.
Denerwuje mnie ta sytuacja, bo żyjemy w kraju gdzie pies jest winny wszystkiemu - ugryzł, pewnie wściekły, zaatakował dziecko (które mogło robić mu krzywdę) - trzeba uśpić niebezpieczną bestię.
Patrząc z boku: pies Ares waży 56 kg, chłopczyk pewnie ze 20 - nawet jeżeli dziecko podbiegnie do psa (który jest od niego większy) i dziecko przewróci się - i tak winę poniesie pies, bo chciał przestraszyć, gryźć, bo to złe zwierze jest. I czarne na dodatek.
Pies Imbir waży zaledwie 30 kg, ale jest szczeniakiem i  wszystko sprawdza, zaczepia lub goni.

I nie chcę straszyć tej kobiety, nie chce demonizować psów, ale cholera jasna po co dziecko i psa na taki stres narażać.
W wypadku Aresa istnieje też element pomyłki, kiedyś dziewczynka popatrzyła na niego i powiedziała: mama, konik! To zwyczajnie wielki, zły, czarny pies Ares.

Prawda jest smutna, w rozgrywce dziecko: zwierze, zawsze przegra to drugie. Bo dzieciom wolno wszystko, a zwierzętom nie. Do tego nie uczymy dziecka obchodzić się ze zwierzętami i kiedy właściciel psa prosi, by się nie zbliżać, to reakcja jest żadna (bo piesek to taka wielka pluszowa maskota). Ach... no i merda ogonem. A przecież jak biegnie za kotem też ogonem merda... 

Babcia czai się zatem za krzakiem: nie ma tej złej Pani (to ja! i głucha nie jestem), pogłaszczemy pieski... A psy szczekają z daleka i nie podchodzą. 

No i ja cudzych dzieci nie zaczepiam!

To prowadzi do tematu drugiego czyli: rodzinnych wizyt u weterynarza. Bohaterem wydarzenia był jeden kot, który przyszedł wraz ze świtą: matką domu oraz trojgiem jej dzieci na oko: 15, 13 i do 3 lat. Biedny kot był zły, bo klatka podskakiwała wraz z nim, kiedy zbliżał się do niego szczeniak owczarka niemieckiego. Poziom irytacji wzrósł, kiedy na klatce usiadła najmłodsza z rodziny i nóżkami zaczęła w nią kopać.
W poczekalni było, oprócz mnie, sześcioro innych ludzi i 3 psy i dwa inne koty, w tym 4 zwierzęta pod kroplówką. Dziewczynka musiała podejść do każdego kota i psa. Dotknąć, pogłaskać i zaczepić. Krzyczała, piszczała... tupała. Ani matka, ani brat nie mogli dziecka opanować. Nie wspomnę o tym, że rodzina zajęła połowę poczekali, a 15-latka nawet nie pomyślała o ustąpieniu miejsca pani z psem pod kroplówką na rękach  - dopiero lekarz to zasugerował.
Nawet mi się tej kobiety szkoda zrobiło, bo ani kota nie ogarniała, ani dzieci. 
Zmęczyłam się słuchaniem narzekań dzieci na to, że czekają, narzekań matki, na to jak zachowują się dzieci ... Rodzinnej kłótni w tle.  Ze mną męczyli się pozostali.
Pan z jamnikiem nawet ich przepuścił i jak wyszli, to stwierdził, że bardzo chciał, żeby sobie poszli, psa stresowali. 
Ale w sumie, kto by się przejmował psem u weterynarza...

Kupiona, czeka na powieszenie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz