czwartek, 29 sierpnia 2013

Do wesela...


Nigdy nie marzyłam o tym, żeby zostać Panną Młodą. Nie planowałam swojego ślubu, jako dziewczynka. Jakoś nie pamiętam, żebym dawała śluby lalkom czy ubierała je w białe kreacje. Nigdy też nie bawiła mnie specjalnie polska obrzędowość weselna. Zabawy w stylu Pan Młody, zębami, ściąga podwiązkę (koniecznie niebieską) Pannie Młodej, uważam za mocno uwłaczające godności obydwojga. Przy okazji kompletnie mnie nie bawią wszelakie weselne tortury na gościach: macanie kolan, krępujące pytania na temat Młodej Pary i pseudo erotyczne zabaw przy oczepinach. Kiedyś wylądowałam z kolegą w jednych bokserkach: on w swojej nogawce, ja w swojej - taka zabawa była i polegała na zamianie nogawek w trakcie tańca (nie wiem jaki był cel, wiem, że kilka osób widziało moje majtki, bo sukienka się podwijała).
Nie wiem też co jest fajnego w tym, że ludzie, których ktoś widzi drugi raz w życiu gapią się na Młodą Parę (często już lekko/mocno wstawieni lub leżąc pod stołem) i ten cały cyrk jaki im zgotowano.Wesela zdecydowanie są dla gości, a nie dla nowożeńców.
Nie wiem też dlaczego ludzie, którzy generalnie nie wierzą, decydują się na ślub kościelny i na gwałt załatwiają zaległe sakramenty, nauki czy inne takie. Sensu samych nauk też nie rozumiem, bo jakim cudem może mnie uczyć ktoś, kto życia rodzinnego w wymiarze małżeńskim nigdy nie doświadczy.
I jeszcze to trzeba zorganizować, terminy po zaklepywać na rok do przodu, wbić się w suknie, w której i tak wygląda się grubo, po serii tortur/zabiegów w stylu makijaż i fryzjer. Gołębie złapać, żeby je potem wypuścić w symbolu nie wiem czego..? Porwać jakieś dziecko do sypania kwiatów, albo wbić druhny (tak, pojawiają się na ślubach!!!) w suknie większe od własnej, żeby samej wyglądać lepiej na ich tle. Cukierkowa beza jak nic.


Z ostatniego czytania na ślubie kościelnym Jacek zapamiętał, że "żona ma czcić męża". Kiedyś na ślubie koleżanki usłyszałam, że są różne nieszczęścia na świecie: wojna w Iraku i nieplanowane ciąże (brała ślub w 4 miesiącu i do dziś w tym małżeństwie trwa).

Moja recepta na ślub jest prosta - cywilny ślub (10 minut i brak biblijnych cytatów o czczeniu kogokolwiek), ludzie, z którymi miałam kontakt przynajmniej w ciągu minionego roku lub przynajmniej pamiętam, że jesteśmy spokrewnieni(!), żadnych zabaw weselnych, żadnych oczepin, ani hitów o pszczółce Mai, szalonych i tańczących dla kogoś kobietach - tradycji mówimy NIE! Mam też drobną uwagę - chciałabym, aby goście pamiętali coś z afterparty (nie jest to jednak warunek konieczny).

I na koniec taka oto anegdotka z ostatniego wesela. Do oczepin proszono panny, kawalerów, panie i panów z odzysku. O partnerach życiowych, konkubinatach i różnych kohabitacjach  nie wspomniano. Kolega siedzący obok mnie uciekł i powrócił po 40 minutach.

Oczywiście jeżeli kogoś to bawi, to nie mam nic przeciwko, ale ja mówię pas i grzecznie rozmawiam sobie z sąsiadami ze stolika. Na następne wesele zamówię sobie koszulkę: "Dziękuję. Nie pląsam".

W następy poście zapewne wydam instrukcję co do mojego pogrzebu, bo ten obrządek też mnie czasem przytłacza przerostem formy nad treścią.  

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz